Forum www.pracarchoep.fora.pl Strona Główna www.pracarchoep.fora.pl
none
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Ostatni marsz

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.pracarchoep.fora.pl Strona Główna -> Kącik pisarski
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Ancoron
WidowMaker



Dołączył: 21 Kwi 2017
Posty: 20
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Z domu pod pękniętym niebem

PostWysłany: Pon 11:33, 19 Mar 2018    Temat postu: Ostatni marsz

Skok - akt odwagi czy głupoty? Nie wiem. A może to po prostu tchórzostwo? Skończyć ze sobą w ciągu kilku sekund i uciec od problemów do chłodnej nicości... Dla mnie nie jest to nic z powyższych, jest wyborem, który napędza mnie dzisiejszego dnia. Budzę się jak zwykle pozbawiony jakiejkolwiek chęci, z bezsensowną, trawiącą mnie bólem pustką w sercu. Wszystko jest pozbawione znaczenia. Wszystko, oprócz tych wielu ludzi, których zawiodłem.
Widzę ich twarze każdej nocy, każdej osoby, która przeze mnie nie żyje. Budzę się z płaczem, zlany potem, kurczowo zaciskając palce na pościeli. Psychiatra twierdził, że nic z tego nie było moją winą, mylił się, mogłem próbować im pomóc, gdybym rozegrał pewne chwile inaczej, teraz byłbym w alternatywnym życiu. Nigdy sobie nie daruję, że ja dalej żyję, a oni nie. Wbrew pozorom łatwo było załatwić sprawę z terapeutami, przekonać ich, że wszystko już ze mną w porządku. Dlaczego? Oni chcieli w to uwierzyć, myśleć, iż mi pomogli, poczuć dumę z dobrze spełnionego obowiązku. Każdy woli być przydatnym, rozumiem to i w sumie życzę im wszystkim jak najlepiej. Mają rodziny, bliskich, prace... sens. Mi go brak.
Wygrzebanie się z łóżka to codzienny rytuał niechęci do życia, oporów przed robieniem czegokolwiek. Przecież mógłbym po prostu leżeć, aż to wszystko się skończy, aż te wielkie głowy spowiją świat w atomowym ogniu. Potem uświadamiam sobie, że to tylko kolejny dzień tej bezsensownej rutyny i wstaję. Przeczesuję włosy dłonią i szeroko ziewam, przyzwyczajenie.
Sam do końca nie wiem co mnie nakłoniło, doprowadziło do tego jednego momentu, ale jestem pewny, całkowicie pewny, że to będzie ostatni dzień. Wreszcie zaznam spokoju, pozostaje jedynie kilka ostatnich godzin i będzie po wszystkim.
Z początku zamierzam umyć zęby, poddać rytuałowi codzienności, jakby nigdy nic, lecz to bez sensu. Prycham rozbawiony, patrząc na moje drżące dłonie, jestem dziwnie blady, chyba w rozsypce.
Zmęczenie, po prostu brak sił, za wiele jak dla mnie i nic na to nie zdołam poradzić. Wymagano ode mnie zbyt wiele, wysiłku ponad granicę możliwości. Zapomniano, iż zginany patyk w końcu pęknie, tak po prostu. Rodzice pewnie chcieli mi pomóc na swój sposób.

- Ty masz depresję? Od czego ty możesz mieć depresję? Jakie ty masz problemy? Nie wymyślaj sobie - ojciec jak zwykle wprost sugerował, że osoba w moim wieku nie ma powodu do zamartwiania i powinna się ogarnąć
- My dobrze wiemy jak ty lubisz manipulować, synu. Straszysz w szkole, straszysz wszędzie, przez co potem do nas wydzwaniają. Nie możesz być normalny? Zachowuj się, bo przynosisz nam wstyd - matka też miała styl, a ja stałem, czując, iż jestem gównem, które zwyczajnie kompromituje rodziców swoim niestosownym zachowaniem.

Czułem się źle i grzecznie znosiłem tyrady, zasługiwałem na to, bo byłem niedobrym, nienormalnym synem. Byłem... już widać moje nastawienie. Byłem - czas przeszły. W zasadzie nawet mnie bawi ich reakcja, narobię im wstydu za wsze czasy, nie mogąc być normalnym chłopakiem i popełniając samobójstwo, by pokazać jaką jestem "biedną dzidzią". Nie żeby ich to obchodziło. Po prostu co ludzie powiedzą? Nasz syn się zabił, musiał pochodzić z jakiejś patologii, gdzie byli rodzice. Dobrze im tak, jakoś nie sądzę, by przejmowali moim zgonem. Liczy się tylko opinia innych, tak.
Zabawna problematyka w takiej chwili, jak się ubrać? Mam zamiar się zabić, a nie mam bladego pojęcia co na siebie włożyć, jestem niezdecydowany. W końcu przerywam długi dylemat i biorę ulubioną bluzę. Bluzę, w której byłem, gdy znalazłem...

Dwa lata temu. Domek kumpla na przedmieściach. Od początku wiedziałem, że coś jest nie tak, a gdy otworzyłem drzwi i w nozdrza uderzył mnie słodki, mdlący zapach, zaś o twarz rozbijać zaczęły muchy, byłem już pewien. Był na krawędzi. Rodzice wyjechali, zostawili go samego w Polsce, dzieciaka, piętnastolatka bez jakichkolwiek szans na przetrwanie w tym paskudnym świecie. Głód i brud, znajomi pokazujący palcem, popychanki w szkołach, wyzywanie od niechcianych smarkaczy. Pewnego dnia po prostu nie przyszedł do szkoły. Jakoś nikt się tym nie zainteresował. Ani nauczyciele, ani uczniowie. Powoli zacząłem przemierzać dom, wzywając go po imieniu, aż w końcu dotarłem. Napuchnięte, pokryte robactwem ciało w wannie. Już widoczny rozkład. Co dziwne on wyglądał tak spokojnie, jakby samobójstwo nie było złe. Na widok białych larw kłębiących się w otwartych nadgarstkach nie wytrzymałem. Zwymiotowałem na niego, po czym skulony siedziałem w kącie, płacząc i przepraszając. Nie wiem ile to trwało, lecz w końcu zadzwoniłem - na pogotowie, chyba myślałem, że magicznie go ożywią, że wstanie i powie, iż wszystko jest w porządku. Nie stało się tak. Tamtego dnia ojciec po raz pierwszy mnie uderzył, w domu, po tym wszystkim, wcześniej zapewniając, przy ludziach, że się o mnie martwi i boi oraz gwarantując, iż będzie dobrze. Nasłuchałem się o wstydzie, który im zapewniłem, idąc tam bez ich zgody. W zasadzie to wtedy po raz pierwszy zacząłem rozmyślać na poważnie, że powinienem pójść w ślady kumpla.

Po chwili namysłu zakładam bluzę, podświadomie czuję od niej trupi zapach, choć jest bezwonna. Zabawne co ludzki umysł jest w stanie wytworzyć sam z siebie. Wciągam na tyłek jeansy i zakładam buty. Zgrabiałymi, dziwnie sztywnymi palcami wkładam portfel z dokumentami do tylnej kieszeni spodni i podchodzę do lustra.
Widzę skrzywdzone dziecko, paskudnie blade, drżące i z podkrążonymi oczami, bojące tego, co ma nadejść. Niemal słyszę świst paska uderzającego o ścianę, mrużę oczy i oddycham ciężko.
- Już czas - mówię, słysząc swój głos jakby z daleka, przygłuszony, stłumiony i drżący. Otwieram drzwi i wychodzę, czując jak nogi uginają się pod moim ciężarem, lecz ruszam... Ruszam, bo tego chcę.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.pracarchoep.fora.pl Strona Główna -> Kącik pisarski Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin