Forum www.pracarchoep.fora.pl Strona Główna www.pracarchoep.fora.pl
none
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Ostatni marsz

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.pracarchoep.fora.pl Strona Główna -> Kącik pisarski
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Ancoron
WidowMaker



Dołączył: 21 Kwi 2017
Posty: 25
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Z domu pod pękniętym niebem

PostWysłany: Pon 11:33, 19 Mar 2018    Temat postu: Ostatni marsz

I
Skok - akt odwagi czy głupoty? Nie wiem. A może to po prostu tchórzostwo? Skończyć ze sobą w ciągu kilku sekund i uciec od problemów do chłodnej nicości... Dla mnie nie jest to nic z powyższych, jest wyborem, który napędza mnie dzisiejszego dnia. Budzę się jak zwykle pozbawiony jakiejkolwiek chęci, z bezsensowną, trawiącą mnie bólem pustką w sercu. Wszystko jest pozbawione znaczenia. Wszystko, oprócz tych wielu ludzi, których zawiodłem.
Widzę ich twarze każdej nocy, każdej osoby, która przeze mnie nie żyje. Budzę się z płaczem, zlany potem, kurczowo zaciskając palce na pościeli. Psychiatra twierdził, że nic z tego nie było moją winą, mylił się, mogłem próbować im pomóc, gdybym rozegrał pewne chwile inaczej, teraz byłbym w alternatywnym życiu. Nigdy sobie nie daruję, że ja dalej żyję, a oni nie. Wbrew pozorom łatwo było załatwić sprawę z terapeutami, przekonać ich, że wszystko już ze mną w porządku. Dlaczego? Oni chcieli w to uwierzyć, myśleć, iż mi pomogli, poczuć dumę z dobrze spełnionego obowiązku. Każdy woli być przydatnym, rozumiem to i w sumie życzę im wszystkim jak najlepiej. Mają rodziny, bliskich, prace... sens. Mi go brak.
Wygrzebanie się z łóżka to codzienny rytuał niechęci do życia, oporów przed robieniem czegokolwiek. Przecież mógłbym po prostu leżeć, aż to wszystko się skończy, aż te wielkie głowy spowiją świat w atomowym ogniu. Potem uświadamiam sobie, że to tylko kolejny dzień tej bezsensownej rutyny i wstaję. Przeczesuję włosy dłonią i szeroko ziewam, przyzwyczajenie.
Sam do końca nie wiem co mnie nakłoniło, doprowadziło do tego jednego momentu, ale jestem pewny, całkowicie pewny, że to będzie ostatni dzień. Wreszcie zaznam spokoju, pozostaje jedynie kilka ostatnich godzin i będzie po wszystkim.
Z początku zamierzam umyć zęby, poddać rytuałowi codzienności, jakby nigdy nic, lecz to bez sensu. Prycham rozbawiony, patrząc na moje drżące dłonie, jestem dziwnie blady, chyba w rozsypce.
Zmęczenie, po prostu brak sił, za wiele jak dla mnie i nic na to nie zdołam poradzić. Wymagano ode mnie zbyt wiele, wysiłku ponad granicę możliwości. Zapomniano, iż zginany patyk w końcu pęknie, tak po prostu. Rodzice pewnie chcieli mi pomóc na swój sposób.

- Ty masz depresję? Od czego ty możesz mieć depresję? Jakie ty masz problemy? Nie wymyślaj sobie - ojciec jak zwykle wprost sugerował, że osoba w moim wieku nie ma powodu do zamartwiania i powinna się ogarnąć
- My dobrze wiemy jak ty lubisz manipulować, synu. Straszysz w szkole, straszysz wszędzie, przez co potem do nas wydzwaniają. Nie możesz być normalny? Zachowuj się, bo przynosisz nam wstyd - matka też miała styl, a ja stałem, czując, iż jestem gównem, które zwyczajnie kompromituje rodziców swoim niestosownym zachowaniem.

Czułem się źle i grzecznie znosiłem tyrady, zasługiwałem na to, bo byłem niedobrym, nienormalnym synem. Byłem... już widać moje nastawienie. Byłem - czas przeszły. W zasadzie nawet mnie bawi ich reakcja, narobię im wstydu za wsze czasy, nie mogąc być normalnym chłopakiem i popełniając samobójstwo, by pokazać jaką jestem "biedną dzidzią". Nie żeby ich to obchodziło. Po prostu co ludzie powiedzą? Nasz syn się zabił, musiał pochodzić z jakiejś patologii, gdzie byli rodzice. Dobrze im tak, jakoś nie sądzę, by przejmowali moim zgonem. Liczy się tylko opinia innych, tak.
Zabawna problematyka w takiej chwili, jak się ubrać? Mam zamiar się zabić, a nie mam bladego pojęcia co na siebie włożyć, jestem niezdecydowany. W końcu przerywam długi dylemat i biorę ulubioną bluzę. Bluzę, w której byłem, gdy znalazłem...

Dwa lata temu. Domek kumpla na przedmieściach. Od początku wiedziałem, że coś jest nie tak, a gdy otworzyłem drzwi i w nozdrza uderzył mnie słodki, mdlący zapach, zaś o twarz rozbijać zaczęły muchy, byłem już pewien. Był na krawędzi. Rodzice wyjechali, zostawili go samego w Polsce, dzieciaka, piętnastolatka bez jakichkolwiek szans na przetrwanie w tym paskudnym świecie. Głód i brud, znajomi pokazujący palcem, popychanki w szkołach, wyzywanie od niechcianych smarkaczy. Pewnego dnia po prostu nie przyszedł do szkoły. Jakoś nikt się tym nie zainteresował. Ani nauczyciele, ani uczniowie. Powoli zacząłem przemierzać dom, wzywając go po imieniu, aż w końcu dotarłem. Napuchnięte, pokryte robactwem ciało w wannie. Już widoczny rozkład. Co dziwne on wyglądał tak spokojnie, jakby samobójstwo nie było złe. Na widok białych larw kłębiących się w otwartych nadgarstkach nie wytrzymałem. Zwymiotowałem na niego, po czym skulony siedziałem w kącie, płacząc i przepraszając. Nie wiem ile to trwało, lecz w końcu zadzwoniłem - na pogotowie, chyba myślałem, że magicznie go ożywią, że wstanie i powie, iż wszystko jest w porządku. Nie stało się tak. Tamtego dnia ojciec po raz pierwszy mnie uderzył, w domu, po tym wszystkim, wcześniej zapewniając, przy ludziach, że się o mnie martwi i boi oraz gwarantując, iż będzie dobrze. Nasłuchałem się o wstydzie, który im zapewniłem, idąc tam bez ich zgody. W zasadzie to wtedy po raz pierwszy zacząłem rozmyślać na poważnie, że powinienem pójść w ślady kumpla.

Po chwili namysłu zakładam bluzę, podświadomie czuję od niej trupi zapach, choć jest bezwonna. Zabawne co ludzki umysł jest w stanie wytworzyć sam z siebie. Wciągam na tyłek jeansy i zakładam buty. Zgrabiałymi, dziwnie sztywnymi palcami wkładam portfel z dokumentami do tylnej kieszeni spodni i podchodzę do lustra.
Widzę skrzywdzone dziecko, paskudnie blade, drżące i z podkrążonymi oczami, bojące tego, co ma nadejść. Niemal słyszę świst paska uderzającego o ścianę, mrużę oczy i oddycham ciężko.
- Już czas - mówię, słysząc swój głos jakby z daleka, przygłuszony, stłumiony i drżący. Otwieram drzwi i wychodzę, czując jak nogi uginają się pod moim ciężarem, lecz ruszam... Ruszam, bo tego chcę.
Ostatnie chwile człowieka zdają się rozciągać w nieskończoność. Każdy krok trwa latami, a przed oczami przewijają się liczne wspomnienia.

Pierwszy krok to dzieciństwo, mały chłopiec biegający po polach z rówieśnikami. Szczęśliwy i roześmiany, wrzeszcząc gania się z innymi, pozbawiony problemów i czerpiący z życia całymi garściami. Bieg trwa długo, godzinami, aż w końcu nadchodzi chłodne otępienie.
- Do domu! Biegiem - głos pijanego okca wpycha strach do serca, w uszach nieskończenie rozlega się dźwięk paska. Chłopiec zaczyna pociągać nosem, lecz słucha, jest dobrym synem.
Jest złym synem, zasługuje na karę. Gówniarz - pas spada na ramię, pozostawiając krwawą pręgę. Beztalencie - rozcięta warga od uderzenia stalową klamrą. Darmozjad - kopniak w brzuch.
- Tato, proszę... To boli...
Mięczak - cios w skroń i utrata przytomności.
Szpital, ciężki stan. Upadek ze schodów? Tak, tak mówią, to musi być prawda, przecież tata go kocha, nie zrobiłby mu krzywdy. Siedzi przy szpitalnym łóżku i trzyma synka za dłoń...

Kopię kępkę trawy, mocno, z zapałem, wielokrotnie, aż korzenie puszczają, odlatuje ode mnie. Wszystko niszczę. Chcę krzyczeć, lecz mam zdarte gardło, nie mam jak. Chcę powiedzieć prawdę, co się stało, lecz mam zamknięte usta. Potwierdzam słowa ojca. I trwa to, trwa, wraz z każdym kolejnym krokiem, aż do samego końca, przez wieczność.
Kulę się, bezsilny, pozbawiony jakichkolwiek szans. Wszystko będzie dobrze, tatuś już więcej nie zrobi, tatuś nie chciał? Robił, regularnie, ale już nie tak, by smarkacz wylądował w szpitalu.
Mam dosyć, po prostu jestem zmęczony, choć raz istnieje szansa, że stawię opór, ten jeden ostatni raz, jedyny raz, zbuntuję się i uwolnię. Z nową siłą ruszam dalej, robię kolejny krok, odznaczający się dalszym bólem, moim życiem. Czy właśnie tym jest życie? Nieprzerwaną serią cierpienia? Czy jedyną nadzieją dla człowieka jest wyparcie, zamknięcie w sobie tak głęboko, że pozostanie jedynie skorupa? Skorupy nie można zranić, patrzy się na nią z boku i czuje jedynie rosnącą pogardę do tego, czym się jest? To wszystko jest nieistotne. Znaczenia ma tylko ta jedna, jedyna chwila.
Uspokajam się i ruszam, pewnie i spokojnie, równym krokiem, nie przejmując tym wszystkim, to już przeszłość, w dodatku nie moja, nie tak naprawdę. Widzę kruka, który siedzi na ogrodzeniu nieopodal i patrzy na mnie, przekrzywiając z zaciekawieniem główkę. Tak jak wtedy, gdy znalazłem w polu martwą krowę, z tą jedną różnicą, że ten nie je gnijącego mięsa. Kruk, zwiastun śmierci, tak wiele mnie z nim łączy, sam jestem takim krukiem.
Nieśmiało wyciągam do niego dłon, kracze zdenerwowany tym brakiem taktu z mojej strony i rozkłada skrzydła, czarne jak noc, by po chwili mnie pozostawić. Pozostawić samego.
Idę dalej, przypominając sobie wczorajszy dzień. Złamałem się, pękłem, przekroczyłem granicę i teraz tego są konsekwencje.

Patrzyłem na nią, miłość mojego życia, jedyne dobre, co mnie spotkało kiedykolwiek, lecz nawet to nie było w stanie zmusić mnie do uśmiechu. Właśnie wtedy powiedziałem te słowa, które wszystko zmieniły...
- Mam dosyć - krótko i zwięźle powiedziałem, choć ona liczyła na wyznanie miłości. Skrzywiła się, niezadowolona z tego i cofnęła dłoń, którą dotykała mojej twarzy. Spojrzałem jej prosto w oczy i zrozumiałem, iż ona mnie nie rozumie i nigdy tego nie zdołam zmienić. - Mam dosyć.
Wtedy po prostu wstałem i odszedłem. Kochałem ją, chyba nadal kocham, lecz to mogło skończyć się tylko w jeden sposób. Można powiedzieć, że wybrałem mniejsze zło, by aż tak jej nie ranić. Wtedy już wiedziałem, wiedziałem co zrobię i jak to wszystko się musi skończyć. Ona by tego nie zrozumiała. Nie mogła wiedzieć, że każdy mój oddech jest czerpany z niechęcią, każdy krok robiony na siłę i najchętniej po prostu bym się poddał.

Nie czuję wyrzutów sumienia. Nie poszła za mną, dała mi spokój, wreszcie. Wędrówka trwa. Widzę swojego sąsiada na ulicy. Starszy, gruby mężczyzna o sumiastych wąsach. Co wieczór katuje żonę, aż ona zaczyna błagać go o śmierć, wtedy wychodzi i idzie pić do baru.
- Dzień dobry, panu - mówię spokojnie, uśmiechając się miło.
On wyciąga do mnie dłoń na powitanie, zdaje mi się, iż widzę na niej plamy krwi. Bez wahania ściskam, mocniej niż wypada.
- No witaj, młody, jak tam? - pyta, przez uprzejmość, chcąć już wrócić do domu, jak najszybciej, by zadać ból swojej drugiej połówce.
- Właśnie idę się zabić, bo mam dosyć życia - odpowiadam, sam zaskoczony szczerością.
- Tak, tak, powodzenia... - nie słucha, rusza od razu dalej, nie przetrawił nawet tych słów.
Pomyśleć, iż za parę minut będzie słychać wrzaski i wołania o pomoc, prośbę maltretowanej kobiety.
Mieszkanie obok katolicka rodzina będzie akurat odmawiać modlitwę, starannie ignorując błagania. Tak jak każdy. Nigdy nie wezwano policji.
Miasto? Ludzie? A może piekło i potępieńcy? Nie wiem. Nie chcę wiedzieć.
Ruszam dalej, przerażony tym, co zamierzam zrobić, choć pewny własnego wyboru. Serce dziko bije mi w piersi, wokół pozbawione liści drzewa smutno skrzypią na wietrze. Jestem śmiertelnie blady i zlany potem, dyszę ciężko, ledwo idę. Instynkt samozachowawczy, moje ciało nie chce umierać. Wokół wędrują ludzie, z twarzami w telefonach, z narzuconymi maskami obojętności. Znieczuleni, ignorujący samotnego nastolatka, który wygląda naprawdę strasznie. Pewnie ćpun, dobrze mu tak. Nikt nawet na dłużej nie zawiesi na mnie spojrzenia, ludzie unikają kontaktu wzrokowe.
- Ojcze, wybacz im, albowiem nie wiedzą, co czynią - mówię sam do siebie, patrząc na chaos życia wokół. Krzyki, wrzaski, kłótnie i spory, wszechobecne spaliny i zapach moczu. Ludzie, którzy za cel postawili sobie pokazać innym, na co ich stać, wydający ostatnie pieniądze na modne ubrania, gdy w domach dzieci im głodują. Nie rozumiem tego życia i nie chcę go rozumieć. Śmierć jest pewna i konkretna, jasna i prosta do zrozumienia. Tak będzie lepiej. Nie pasuję tu.
Samochody z piskiem przemierzają ulice, słychać trąbienia, na poboczu leży martwy kot, z wnętrznościami na wierzchu. Widziałem go już dwa dni temu, nikt nic nie zrobił, nie usunięto go, jedynie zepchnięto na pobocze, gdy jakiś kierowca uznał, że nie trzeba jeździć wolno. Ludzie omijają truchło spojrzeniem, jakby to nie była ich sprawa. Ciekawe czy ze mną będzie tak samo. Będę leżał, gnijąc, a zniesmaczeni ludzie przejdą obok, jakby nigdy nic. Jakże to tak? Normalnie, taki jest świat. Niczym z bezdomnym, który całą zimę zamarźnięty przeleżał na poboczu. Nikt go nie ruszył, nikt nie pomógł, gdy jeszcze było to możliwe, bo przecież to pijak.
Spluwam pod nogi, a moja plwocina znika na tle brudu i ptasich gówień. Nawet gołębie srają na nasze życia.
Czasami się tego bałem, były chwile w moim życiu, gdy nie miałem odwagi, by ze sobą skończyć, lecz tu i teraz jest prosta wizja krótkiej przyszłości i efektownego końca. Wydaje mi się, iż przy odrobinie szczęścia poświęcą mi nawet z dwa zdania w lokalnej gazecie.
"Nastolatek się zabił! Gdzie byli jego rodzice?" Będą na celowniku, przeze mnie... I dobrze im tak, zdecydowanie akurat tego nie żałuję. Niech chociaż ten jeden ciężar niosą, skoro przez te wszystkie lata nawet nie próbowali dźwigać mojego i pozostawili mnie na pastwę losu. Prawdę mówiąc nie wiem czy chciałbym, by było inaczej.
Teraz trwa cisza, nienaturalna, podczas której mogę zaobserwować całe swoje życie. Nie jest to zbyt przyjemne. Tyle osób zawiodłem, tyle osób przeze mnie nie żyje... Nie wiem po co próbowałem grać bohatera, skoro tak czy inaczej wszyscy kończymy na krawędzi i wystarczy lekki podmuch wiatru, by zepchnąć nas w niebyt. Niektórzy się tego boją, ale najgorsze jest to, gdy wiatr nie nadchodzi i czekasz, aż po wieczność, po śmierć, która najwyraźniej postanowiła cię ostentacyjnie olać. Byłem skurwielem jakich mało, raniłem ludzi, krzywdziłem, wbijałem im szpile, by choć trochę poczuć się lepiej, ale tego akurat nie żałuję. To był dobry wybór i o dziwo brak wyrzutów sumienia. Żałuję jedynie tego, że tak wiele złych decyzji podjąłem, zapewne mógłbym teraz być królem życia i mieć przed sobą świetlaną przyszłość... W sumie od samego początku wiedziałem, że tak skończę. I na to zasługuję. Kolejny śmieć do utylizacji, po którym płacz będzie na pokaz.
Każdy z nas był bohaterem swojej historii, teraz wszyscy zgodnie są nikim, odchodzą w niebyt w chwili śmierci, lecz mimo to świat kręci się dalej - bez nich.
Doprawdy, nie jestem w stanie zrozumieć tego przeświadczenia o własnej nieśmiertelności, które tak często gości w umysłach młodych ludzi. Każdy z nas kiedyś umrze i jedyne pytanie jakie należy zadać to czy będziemy wówczas gotowi.
Z początku ciężko się pogodzić z tym, że to wszystko jest ostateczne, każdy kolejny krok to przebłyski życia, a cichy głos w głowie szepcze:
"Stary, nie rób tego, jesteś królem i całe życie przed tobą, więc żyj. Jesteś królem. Jesteś kimś! Rozumiesz?"
Bredzę, moje myśli są pozbawione sensu, chaotyczne, zabawne jak mózg działa, gdy wie, że człowiek chce się wyautować z tego wielkiego meczu i siąść na ławce rezerwowych, by patrzeć jak inni dalej grają.
Zapewne większość z was powie, iż to głupota, ponieważ inni odchodzą przedwcześnie, zostawiają żony i dzieci, a ja gardzę darem życia. Dla was to jest dar, dla mnie przekleństwo, moje własne potępienie, więc z łaski swojej po prostu żyjcie i dajcie umrzeć.

Zamykam na chwilę oczy, rozkoszując się spokojem w moim sercu i czekam, wdychając spaliny miasta, łzy ściekają mi po policzkach, a umysł ze wszelkich sił próbuje powstrzymać. Nawet świat nie chce tego, bym ze sobą skończył i stawia mi kłody pod nogi. Najwyraźniej uważa, że jeszcze ze mną nie skończył.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Ancoron dnia Nie 20:44, 29 Kwi 2018, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Ancoron
WidowMaker



Dołączył: 21 Kwi 2017
Posty: 25
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Z domu pod pękniętym niebem

PostWysłany: Nie 20:40, 29 Kwi 2018    Temat postu:

II
Każdy w życiu prowadzi wędrówkę, od samego narodzenia, aż po grób. Trzeba przyznać, iż jest to dosyć forsowny marsz, jedyny i zarazem ostatni. Spotyka się po drodze wielu innych wędrowców oraz poznaje smaki życia. Niestety życie jest jak arbuz, miękkie w środku, a twarde na zewnątrz i ciężko przebić się przez grubą wierzchnią warstwę.
Niebo wygląda marnie, przyznaję bez wahania, iż cały świat jest ponury, zanieczyszczony przez spaliny i brud. Po prostu śmierdzi. Nad głowami ludzi zbierają się czarne, burzowe chmury, na ziemi zaś pełza ohydne robactwo. No i poza ludźmi też inne żyjątka. Prawda jest taka, że wszyscy są rakiem dla tej planety i ją niszczą, wypalają. W końcu, pewnego dnia kataklizm zmiecie nasz gatunek z powierzchni ziemi i to będzie właściwe.
Pośród tłumu rozpoznaję swojego przyjaciela. Rafał, wysoki i bardzo chudy, niemal skóra i kości. Anorektyk. Jedzenie go przeraża, ciągle widzi siebie jako grubasa. Współczuję mu, sama skóra i kości, blady i wymizerowany, wyglądający jak sama śmierć. Patrzy na mnie i niemal niedostrzegalnie kręci głową. On wie.
- Czekaj - mówi, cicho, a przecież próbował krzyczeć, po czym przedziera się w moim kierunku. Damulka z psem staje mu na drodze. Ten dureń nawet nie próbuje jej wyminąć, wpada na nią i trzeba przyznać, iż nawet chyba drgnęło pod ciosem, lecz nic więcej. Odbija się niczym od muru i wsłuchuje w jej wyzwiska, którymi bez wahania go obrzuca. Mimo to nie zwraca na nią uwagi, za to wodzi za mną wzrokiem. Boi się. Nieśmiało się uśmiecham i mu macham, próbuję podnieść go na duchu, tak jak to robiłem kiedyś, gdy jeszcze walczył z chorobą trawiącą jego ciało i umysł.
To mój wybór i on to wie, sam mu o tym powiedziałem, a jednak nie potrafi się z tym pogodzić. Zresztą nic dziwnego, kiedyś to ja uratowałem mu życie, gdy podciął sobie żyły. Przez krótką chwilę byłem bohaterem, który ocalił chorego dzieciaka. Ba, nawet znalazłem się na okładce gazety, lecz już wtedy wiedziałem dokąd zmierzam i jak skończę.
- Bywaj, Rafale - mówię i uśmiecham się, po czym przyspieszam kroku.
Nie widzę i nie słyszę tego co dzieje się za mną, gdy przechodzę przez ulicę, pospiesznie, a on gna za mną, by mnie powstrzymać. Zamykam się w sobie, bo idę po śmierć, lecz czuję, że to się dzieje. Podświadomie wiem i niemal widzę jak wyrywa się z tłumu i wbiega na jezdnię, a po chwili trafia go samochód. Niemal czuję jak pękają mu kości, a on sam upada w kałuży krwi, z mózgiem wypływającym z pękniętej czaszki i w szybko rosnącej kałuży krwi.
Jedynie lekko się kulę, gdy słyszę pisk hamulców, a potem krótki huk i głuche uderzenie. Nie zwalniam, nie odwracam się. Jestem krukiem i sprowadzam na innych śmierć. Tak było od zawsze. Prawda jest taka, że to miasto tak wpływa na ludzi, niszczy wszystko co dobre. Ja to wiem. Krzyki za mną i panika, ktoś płacze, głośno pytają czy jest gdzieś lekarz, ktoś wnosi o to, by zadzwonić na policję.
Do zobaczenia, przyjacielu, już wkrótce. Na każdego przychodzi czas na tej pieprzonej karuzeli życia, z której kiedyś po prostu się spada. Mogłem to zmienić, mogłem czekać, obydwaj byśmy żyli, ale ja podjąłem decyzję, on też i musimy żyć... żyć, jak to zabawnie brzmi, z konsekwencjami.
Powinienem teraz rozpaczać, być przerażony i klęknąć nad jego ciałem ze łzami w oczach, ale jestem dziwnie pusty i po prostu chcę iśc to wszystko zakończyć. Moje ręce są strasznie blade, tak jak zapewne całe moje ciało, już wyglądam jak trup, a przecież jeszcze trochę mi do tego brakuje. Najzabawniejsze, iż dla mnie to wszystko jest już bez znaczenia, jakbym nie miał nic.
Patrzę pod nogi, na kostki brukowe, w kilku miejscach popękane, wszędzie wala się szkło po butelkach wódki, powoli stąpam, krok za krokiem. Proste, skórzane buty, w kilku miejscach poprzecierane, podeszwy zaczynają się odklejać.
- Muszę kupić nowe - mówię i zaraz zaczynam chichotać, uświadamiając sobie bezsens tej wypowiedzi. Śmieję się, lecz nie jest mi do śmiechu, co gorsza nie mogę przestać. Ludzie na mnie dziwnie patrzą, gdy idę, a łzy mi ciekną z oczu. Potykam się i upadam. Na kolana. Instynktownie podpieram się dłońmi.
Pierwszy upadek Jezusa pod krzyżem, tylko brak mi brody, aureoli gibającej nad głową i samego krzyża. Parę płaczących niewiast też by było spoko.
- Wszystko z panem w porządku - dobiega z wszechogarniającej moje jestestwo nicości, tuż obok mnie. Starszy, łysiejący i z pokaźnym brzuszyskiem mężczyzna patrzy na mnie z ciekawością małego chłopca przypalającego mrówki przez lupę.
- Tak, tak, bywało lepiej, ale i gorzej. Na chwilę straciłem równowagę, już jest dobrze - mówię szybko, nawet nad treścią nie rozmyślając, po czym wstaję, czując zawroty w głowie. Lekko się chwieję i krzywo uśmiecham.
- Na pewno? Nie wygląda pan zbyt dobrze? Może zadzwonić na pogotowie? - dopytuje... z troską? Czyżbym natrafił na płaczące niewiasty, które chcą otrzeć mi czoło z potu, a może to Szymon z Cyrenei? Nieważne.
- Oczywiście. Dziękuję za uwagę, ale już jest świetnie - mówię, patrząc na niego z niechęcią i pewną dozą nadziei, że mimo wszystko zaraz rzuci swojskie "nie rób tego, synu", a potem wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Tak się jednak nie dzieje.
- No dobrze, skoro tak - mężczyzna wyraźnie traci animusz i się taktycznie wycofuje. - Do widzenia - lekko się kłania i pospiesznie oddala.
Muszę wyglądać naprawdę kiepsko, skoro tak działam na ludzi i w pewnym sensie ta myśl wydaje mi się całkiem przyjemna. O wiele gorszym wrażeniem jest wyraźne burczenie w brzuchu. Żołądek domaga się pożywienia, jakby to był kolejny, zwyczajny i niczym niewyróżniający dzień. Kontynuuję wędrówkę, tym razem delikatnie zmieniając trasę, by zajść do piekarni. Zaczyna siąpić deszcz. Chłodne orzeźwienie zmywające z twarzy ogrom zanieczyszczeń, niestety pozostawia te wewnątrz głowy. Moje nozdrza mogą nacieszyć się zapachem świeżo upieczonego chleba, aż ślinka cieknie, gdy stoję przed malutkim sklepikiem i bez wahania wkraczam do środka. Wtedy uderza we mnie istna kanonada zapachów.
- Witam! - serdecznie się uśmiecham do sprzedawcy, prezentując garnitur zębów. To znajomy ojca, trzeba dbać o pozory tak długo jak się da.
- No siema, młody! Tatuś odpoczywa po pracy? - pyta, choć obaj wiemy, iż prawdziwą wersją jest to czy leży pijany i bez przytomności, czy też siedzi skacowany, tudzież właśnie pije. Każdy znajomy wie takie rzeczy, lecz nikt się w to nie miesza, w końcu to nie ich sprawy, nie ich życie. Po co się przejmować, lepiej poobgadywać z sąsiadami.
- Tak, ojciec dzisiaj ciężko pracował i zwyczajnie jest wykończony. Szef daje mu popalić jak nigdy - gładko wchodzę w grę faceta o szczurzej, pociągłej twarzy i chytrych, wypukłych oczkach.
- Podły sukinsyn, poganiacz niewolników. Mówię ci, młody, praca u niego to piekło. Dlatego odszedłem! - kłamie, obydwaj to wiemy. Wyleciał dyscyplinarnie, podkradał pieniądze z firmy, ale jedynie ze smutkiem kiwam głową. Ludzie lubią takie małe oszustwa, dzięki nim czują się lepiej. - Ja ci mówię, że pewnego dnia dostanie to na co zasłużył. Sprawiedliwość każdego spotka!
Nie słucham już go, bardziej mą uwagę przyciąga pieczywo. Długie bagietki jak żywo przypominają mi ucięte fiuty, bułki - skąpane w krwi serca, nieopodal szara masa przypominająca mózg. Halucynacja trwa zaledwie kilka sekund, ale skutecznie powstrzymuje mój apetyt, a nawet gorzej. Nie daję rady i solidnie wymiotuję prosto na szybę gabloty zza której widzę smaczne wypieki. Trochę rzygowin ląduje na piekarzu. Zamiera on w bezruchu i tylko na mnie patrzy, z otwartymi ustami, zszokowany i zdegustowany.
- Młody, no co ty... - wykrztusza z siebie w końcu...
Nie tracę ani chwili, bardzo źle wyszło. Rzucam się do drzwi i wybiegam na ulicę, biegnę jak szalony, pozostawiając za sobą kumpla ojca i moje wymiociny oraz kilka godzin szorowania, by doprowadzić sklep do nieskazitelnej czystości.
Biegnę jak szalony, czuję się wolny, serce miarowo bije w mojej piersi, oddech mam równy. Ludzie patrzą na mnie jak na debila, tutaj się nie biega, tutaj się nie hałasuje. Jestem niemal szczęśliwy, gdy wyciągam przed siebie dłonie i pokazuję ludziom środkowe palce. Niektórych to szokuje, inni zerkają z gniewem, kolejni prychają.
- Pierdolcie się, pierdolcie się wszyscy!!! - wrzeszczę w dzikiej euforii. Jakaś matka zasłania synkowi uszy i patrzy na mnie zdegustowana, mam to gdzieś. Gnam przed siebie niczym biały królik, którego nie zdołała dorwać Alicja. W końcu moje ciało protestuje i hamuję, dysząc ciężko, chwilowo nieskrępowany. Zachowałem się jak gówniarz, ale jestem z tego dumny, a ci wszyscy... te kreatury faktycznie niech się pierdolą. Tylko to potrafią.
Idę dalej, już wolniej, czując jak mięśnie w łydkach promieniują bólem po biegu. Dawno nie biegałem, od dawna nie robiłem nic.
Zabawne, szykuję się, by ze sobą skończyć, a czuję, że żyję i to bardziej niż kiedykolwiek. To w pewnym sensie ironia losu, lecz czyż istnieje lepszy sposób na poznanie wartości życia, niż sobie go odebranie? Nie sądzę.
Rozmyślania przerywa mi nagłe zdarzenie, a mianowicie to, iż obrywam w twarz. Błyskawicznie wyrywa mnie to z rozmyślań i sprawia, że orientuję się w sytuacji. Stoję w ciemnym zaułku, dokąd zawędrowałem, nawet nad tym nie główkując, a przy mnie jest dwóch mężczyzn. Zarośniętych i brudnych. Nie wyglądają zbyt przyjaźnie i tacy nie są.
- Dawaj forsę albo wpierdol! - rzuca harcząc ten, który mi przywalił. Ostrożnie przejeżdżam językiem po dolnej wardze, czując miedziany posmak krwi. Ząb mi się chwieje, dolna dwójka.
- Mam wam dać wpierdol? Dziwna oferta - stwierdzam, nawet nie zastanawiając nad tym, obecnie liczy się jedynie ból ust.
Nie trwa to długo. Pamiętam tylko cios w żołądek, po którym zgiąłem się w pół, zaraz po nim dostałem w łeb i zapadła ciemność.
- Skroili mnie - stwierdzam zszokowany, gdy po jakimś czasie otwieram oczy, czując ból i mając mdłości. Szczerzę pokrwawione zęby w uśmiechu, nie wiem czemu. - Oni mnie skroili - zaczynam chichotać i wstaję. Idę dalej, wciąz pewny swojego wyboru, choć trochę zaskoczony przebiegiem dnia, wiele się dzieje, więcej, niż kiedykolwiek.
Jestem pozytywnie zaskoczony wynikłą sytuacją, ale jak powie się A, to trzeba powiedzieć i B. Rano zadecydowałem i nic tego nie zmieni, nawet posmakowanie życia. Powoli chłod obejmuje świat w swe władanie, mokre ubranie lepi się do mego ciała. Deszcz nie przestaje miarowo kropić. Mokre włosy nadają mi jeszcze bardziej smętnego wyglądu. Ponoć właśnie tak jest ze śmiercią, w ostatnich chwilach ludzie czują się w miarę znośnie, przytomnie, potrafią uścisnąć dłoń ukochanej osoby siedzącej przy szpitalnym łóżku, powiedzieć parę zdań, lecz potem po prostu znikają i dobrze o tym wiedzą. Wydaje mi się, że stąd to moje ożywienie, po prostu wizja śmierci została w końcu zaakceptowana przez mój umysł i po prostu idę ją utrwalić. Nie patrzę na czerwone światła, to już nie ma znaczenia, w końcu gnam po zgon. Trąbienie i pisk opon w samochodach oraz niewyszukane bluzgi są jedynie echem, gdy uświadamiam sobie koniecznośc dalszego działania i absolutną pewność tego, czego muszę dokonać. Zostałem stworzony po to, by umrzeć i wreszcie robię to, co jest mi przeznaczone. Uśmiecham się szeroko, czując ulgę.
Oszalałem i nawet nie zamierzam temu zaprzeczać, to fakt, ale mi to nie przeszkadza. Wszystko się zmienia, gdy po raz kolejny przemierzam ulicę nie patrząc na nic i widzę jedynie światła pędzącego samochodu. Wszystko nagle zwalnia, ciągnie się godzinami. Każda kropla deszczu wisi w powietrzu. Powoli odwracam głowę i zerkam na samochód, szary, za kierownicą kobieta w średnim wieku, próbująca skręcić z paniką wymalowaną na twarzy. Koła wpadają w poślizg i szorują po jezdni.
- Błagam, tylko nie passat - cicho szepcze, czując, iż mam drętwy język i suche wargi, zaraz potem następuje zderzenie czołowe. Wszystko jest takie powolne. Maska samochodu trafia we, moje ciało wychodzi jej na spotkanie, jakbym chciał ją przytulić. Kręgosłup zgina się pod dziwnym kątem, przez moment krzyżuję spojrzenia z kobietą i już wiem jak bardzo zepsułem jej dzień.
Dziwne trzaski dobiegają z mojej klatki piersiowej, gdy uderzam o metal, moje żebra pękają, jedno po drugim. W zasadzie nawet to nie boli, jeszcze nie. Czuję odrzut i odsuwam się od samochodu, odlatuję, moja noga jest zbyt wolna, skręca, łamie się w pół w udzie, kość przebije skórę, tryska krew. Powoli zamykam oczy, czując jak unoszę się w powietrze. Rozkładam ręce niczym ptak wznoszący się do lotu.
- O Boże! - ktoś wrzeszczy i właśnie wtedy wszystko przyspiesza. Jestem jak cholerna piłka pingpongowa. Spadam na tyłek, kręgosłup dziko trzeszczy, zaraz potem uderzam plecami o asfalt, a zaraz potem krew strumieniem bucha z moich ust. Następnie pęka mi czaszka. Krew bucha z ran. I wtedy właśnie zaczynam czuć ból, czuć go na poważnie. Chcę krzyczeć w spazmach, cierpię, lecz nie mam nawet na to siły. Nie mogę ruszyć choćby palcem i jest mi dziwnie mokro. Zsikałem się? Pewnie tak, to nieistotne. Kątem oka widzę rozrastającą się wokół mnie kałużę krwi. Zdaje mi się, iż gdzieś to już widziałem. Rafał.
- Chryste - głos jest przytłumiony, dobiega z oddali. - Co ja zrobiłam, co ja zrobiłam, co ja zrobiłam - kobieta powtarza bez przerwy, jest przerażona.
- Zabiła go! Morderczyni! - ktoś krczy. Widzę blask aparatów, już robią mi zdjęcia. Z trudem spluwam krwią i uświadamiam sobie, iż zniszczyłem życie kolejnej osobie. Co prawda nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale ogólny efekt został osiągnięty. Umieram. Przyznaję, iż trwa to długo i czuję, jakbym był rozrywany na strzępy. Moje problemy są takie malutkie, mogłem pójść do psychologa, pogodzić się z rodzicami, uprawiać seks z dziewczyną. Cholera, jak to, to już koniec? Ale jeszcze tyle zostało do zrobienia, przecież to nie może tak wyglądać.
Widzę swoją przeszłość, całe swoje życie i wiem, iż mogłem postąpić inaczej, rozwiązać wszystkie problemy i wreszcie być szczęśliwy. Nie jestem krukiem, Chryste, jak to mogło przyjść mi do głowy. Jestem biednym, skrzywdzonym dzieciakiem i nie zasługuję na taki los.
Nie czuję nóg, nie czuję niczego, jestem tylko ja i niczym nieskrępowany ból, to nie miało tak wyglądać, ale to chyba koniec. Widzę Rafała i innych, świat zaczyna zanikać, by po chwili wszystko zostało skąpane w czerni i w niczym nieograniczonej pustce.

- Doktorze, tracimy go! - coś mnie kopie, prosto w pierś, moje ciało zgina się w pół.
Elektrowstrząsy?
- Żyj, żyj, żyj! - głos ojca?
Płacz matki w tle? Co ja zrobiłem, co ja zrobiłem, do czego doprowadziłem. Nie mogę się ruszać, nie mogę oddychać. Kolejny dawka prądu przepływa przez moje ciało i zmusza serce do pracy.
Otwieram oczy i widzę ją. Stoi, spokojna i wyluzowana, uśmiecha się do mnie. Jest piękna.
- Tracimy go! - dobiega z oddali, a ona wyciąga do mnie dłoń. Również się uśmiecham i wyciągam swoją do niej. Najlepsze w tym wszystkim jest to, iż nic a nic mnie nie boli.
- Proszę cię, nie możesz umrzeć... - głos mojej byłej dziewczyny? Skąd? Skąd oni wszyscy tutaj? - Walczy, nie poddawaj się.
Jestem zmęczony. Kolejna fala elektrowstrząsów uderza w moje ciało. Wszystko wokół zaczyna się rozmywać. Nie do końca o to mi chodziło, ale też nie jest źle.
Chwytam trupiobladą dziewczynę za dłoń, dalej się uśmiecha. Pora na ostatni marsz.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Ancoron dnia Nie 22:08, 29 Kwi 2018, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.pracarchoep.fora.pl Strona Główna -> Kącik pisarski Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin